baner tit


 
 

Zdawać by się mogło, że strzelanie z procy w gimnazjum do kolegi z klasy owocami jarzębiny, to sprawa błaha. Jednak nie w przypadku, gdy psychiatrzy i psychologowie wskazują na napastników jako źródło głębokiej depresji ich ofiary. Taka sytuacja miała miejsce w Gimnazjum nr 7.

Ciemna strona gimnazjów

Zajęła się nią nie tylko policja, sąd dla nieletnich, kuratorium, ale również radni miejscy. Ci ostatni musieli się wypowiedzieć czy dyrektor szkoły i jego pedagogowie zrobili wszystko, by uniknąć przykrych zdarzeń. Tymczasem specjaliści twierdzą, że takie przypadki zdarzają się w każdym gimnazjum, które coraz częściej postrzegane jest jako bubel reformy edukacji.
Mariusz (imię zmienione) jest uczniem drugiej klasy gimnazjum. Wyróżnia się spośród swoich rówieśników, ma bowiem 190 centymetrów wzrostu. Nauczyciele postrzegają go jako inteligentnego (z dużą wiedzą humanistyczną), lecz cichego i zamkniętego w sobie chłopaka. Niestety już od dwóch lat leczy depresję. Ma indywidualne nauczanie, po lekcjach chodzi na naukę gry na gitarze. Powoli dochodzi do zdrowia. Nie zawsze jednak było spokojnie w jego życiu.
Wszystko zaczęło się już w podstawówce. - Trafił tam na chłopaka, który strasznie się uwziął na niego - mówi matka Mariusza. - Wciąż mu dokuczał. Wraz z przejściem do gimnazjum myślałam, że wszystko się ułoży na nowo. Oniemiałam, gdy zobaczyłam na liście osób w nowej klasie syna, nazwisko owego chłopaka. Od razu poprosiłam dyrektora, by znalazł miejsce dla mojego syna w nowej klasie. Ten jednak się nie zgodził.

Jak dodaje matka, bardzo szybko sytuacja przybrała niekorzystny obrót dla Mariusza. Prześladowca miał bowiem znaleźć nowych kompanów do znęcania się nad Mariuszem. Dokuczali mu na przerwach, lekcjach i po szkole. Raz miał zostać nawet pobity w parku. - Z dnia na dzień było z synem coraz gorzej - mówi matka. - Zaczął jeszcze bardziej zamykać się w sobie, wciąż był wystraszony. Po jakimś czasie powiedział nam dlaczego. Jako źródło wskazał kolegów z klasy, którzy cały czas z niego szydzili, przezywali go wulgarnie, dokuczali mu również fizycznie. Doszło nawet do takiego momentu, że syn spędzał przerwy zamknięty w ubikacji, aby tylko nie mieć kontaktu z chłopcami.
Matka twierdzi, że już wtedy rozmawiała na ten temat z wychowawcą i pedagogiem szkolnym. Jednak ci nie robili nic, by pomóc Mariuszowi. Sytuacja taka miała trwać do wakacji. Mariusz w tym momencie leczył się już na depresję, pomógł mu bardzo wyjazd za granicę. Jednak po przyjeździe jego lęki powróciły. - Nie chciał nawet słyszeć o powrocie do tego gimnazjum - mówi jego siostra. - Budził się w nocy i krzyczał, później zadawał dziwne pytania czy dobrze trzyma ręce, czy nic mu się nie stanie. Jednak najgorsze przyszło 24 sierpnia, gdy jego „koledzy” z klasy znów dali o sobie znać.
Mariusz otrzymał pogróżki internetowe na gadu-gadu. Ponoć jeden z chłopców napisał wulgarnie co mu grozi w nowym roku. Rodzina Mariusza zaprzecza jakoby syn również im się odgrażał. Szybko kazali mu zablokować kontakty. - Pierwszego września przed pójściem na rozpoczęcie roku szkolnego syn dostał ataku lęku - wspomina rodzina. - Daliśmy mu ziołowe środki uspokajające. Choć się bał, do szkoły poszedł.

Wtedy po raz pierwszy sześciu chłopców strzelało do Mariusza owocami jarzębiny z urządzenia działającego na zasadzie procy. Sytuacja powtórzyła się dzień później. - Gdy brat wrócił po lekcjach, byłam w domu z koleżanką - mówi siostra. - Nic nie mówił. Trzasnął drzwiami swojego pokoju. Zaniepokoiłam się i weszłam do niego. Brat otwierał drzwi od balkonu i chciał na niego wyjść. Był w szoku, nie wiedział co robi, chciał nawet iść pobić swoich kolegów. Wtedy zaniepokoiłam się, że coś może sobie zrobić, tym bardziej kiedy powiedział: „Jeżeli oni nie chcą mi zejść z drogi to ja to zrobię” - dodaje.
Okazało się również, że chłopak ma na ciele sporo siniaków o średnicy dwóch centymetrów. Jak mówi matka, następnego dnia była już w szkole u wychowawcy i pani pedagog. - Nie znalazłam jednak u nich pomocy - mówi. - Pedagog stwierdziła, że powinnam iść na policję. Czując się bezsilna, poszłam zrobić synowi obdukcję i zgłosiłam się do komendy.
Od tego momentu ruszyła machina administracyjna. Policja przesłuchała Mariusza i jego kolegów z klasy. Sprawa trafiła do sądu. Ponadto rodzina chłopka napisała skargę na opieszałość dyrektora, wychowawcy i pedagoga do kuratorium, a także do prezydenta miasta.

Kontrole w szkole
Wychowawczyni i pedagog nie chcą komentować sprawy. Twierdzą, że wszystkich odpowiedzi udzieli dyrektor szkoły. Marek Parada, dyrektor Gimnazjum nr 7 przyznaje, że o wcześniejszych problemach Mariusza nie wiedział. O strzelaniu z jarzębiny dowiedział się od matki ucznia na początku września. - Kobieta chciała, abym natychmiast ukarał tych sześciu chłopaków. Sugerowała, abym wyrzucił ich ze szkoły. Oznajmiła jednocześnie, że zgłosiła sprawę na policję - wspomina.
Dyrektor odpowiedział, że nie może bez sprawdzenia okoliczności zdarzenia ukarać chłopaków.
- Postanowiłem poczekać na ustalenia policji - dodaje. - Oczywiście rozpocząłem wewnętrzną procedurę sprawdzającą. Podałem rodzinie Mariusza adresy poradni specjalistycznych, prosiłem, aby uczęszczał do szkoły. Chciałem, aby w tym momencie nie był izolowany.
15 września dyrektor postanowił zorganizować spotkanie. Rodzice sześciu chłopaków, którzy strzelali, postanowili przeprosić rodzinę Mariusza, a ich dzieci swoją ofiarę. - Na spotkanie od Mariusza jednak nikt nie przyszedł. Natomiast matka chłopaka twierdzi stanowczo, że nikt jej o spotkaniu nie poinformował.
Na przełomie września i października kobieta wystąpiła o nauczanie indywidualne dla syna, a później o przeniesienie do innej szkoły.
Marek Parada poinformował na piśmie wszystkie zainteresowane strony o naganach grożących sześciu chłopcom. - Zaraz po tym w szkole pojawili się pracownicy kuratorium - mówi. - Szóstego listopada miałem już na biurku gotowy protokół pokontrolny.

Kurator wytknął dyrektorowi kilka zaniedbań. Nakazał m.in. opracowanie w placówce szczegółowej procedury wczesnego reagowania na wszelkie przejawy nietolerancji, wzmożenia zainteresowania wychowawców i nauczycieli zachowaniami i występującymi problemami, szczególnie w klasach pierwszych. W dokumencie wskazano równocześnie kroki jakie powinien po tym przedsięwziąć dyrektor. - Tak też zrobiłem - mówi Parada. - Między innymi uszczegółowiliśmy procedury, które omówiliśmy z nauczycielami. Czwartego grudnia nakazałem wszystkim moim pracownikom informowanie mnie nawet o najmniejszych przejawach agresji. Wychowawcy przebadali uczniów pod kątem bezpieczeństwa za pomocą ankiet. Dziesiątego grudnia przeprowadzone zostało szkolenie jak radzić sobie z agresją w szkole i jak pomagać ofiarom. Bardzo uczuliłem na problem pedagoga szkolnego. Wydaje mi się, ze zrobiłem wszystko co mogłem. Z pewnością nie zamiotłem problemu pod dywan - dodaje dyrektor.
W międzyczasie, podczas drugiej rozprawy, 9 grudnia sąd dla nieletnich wydał postanowienie w sprawie. Ustalił, że sześciu nieletnich dopuściło się czynu karalnego z art. 191 kk. Działając w porozumieniu stosowali przemoc fizyczną i groźby karalne wobec nieletniego. Jednocześnie w postanowieniu sąd zobowiązał dyrekcję szkoły do zorganizowanie apelu, na którym uczniowie przeproszą Mariusza i jego rodziców.
 - Postanowienie sądu nie jest jeszcze prawomocne, ale chciałbym taki apel zorganizować - wyjaśnia Marek Parada. - Jednak nie będzie to łatwe, gdyż poszkodowany chłopak nie jest już uczniem naszej szkoły. Chłopcy zaś zostali ukarani ocenami nagannymi z zachowania na koniec semestru.

Okiem radnego
Dzisiaj matka Mariusza żałuje, że napisała skargę do prezydenta, bo wnioski do jakich doszli radni, są dalekie od jej oczekiwań. Jak twierdzi, taki pomysł podsunęła jej jedna z pracownic kuratorium w Piotrkowie. Ponadto zarzuca dyrektorowi Paradzie wiele nieścisłości w dokumentacji, w której - jej zdaniem - dochodziło do nadużyć, a nawet kłamstw.
Skargą zajął się Wydział Edukacji w magistracie, który wydał decyzję o wizytacji badającej spraw dydaktyczno-wychowawcze w placówce. - Osoba kontrolująca zapoznała się z problemem, a także przebadała rodziców i uczniów anonimowymi ankietami - mówi dyrektor gimnazjum.
Na pytanie: Czy pani/pana dziecko czuje się bezpiecznie w szkole? - twierdząco odpowiedziało 80 badanych, jedna przecząco. Na podobnie sformułowane pytanie odpowiadali również uczniowie. 62 z nich czuje się bezpiecznie, trzech nie. - Wszyscy ci uczniowie powinni się zgłosić do wychowawców lub bezpośrednio do mnie - komentuje wyniki dyrektor Parada.
Ostatecznie wizytator ocenił sytuację w placówce wzorowo, identyczną ocenę otrzymał dyrektor. Jednak zgodnie z prawem, odpowiedź na skargę musiała zostać wydana w formie uchwały Rady Miejskiej. Sprawę badała Komisja Rewizyjna. Ostatecznie uznała, że skarga była bezpodstawna.

Jednak na ten temat musieli wypowiedzieć się wszyscy radni podczas sesji Rady Miejskiej. I choć ten punkt miał znaleźć się w porządku obrad jeszcze w grudniu ubiegłego roku, głosowanie odbyło się dopiero w środę (28 stycznia).
Po zapoznaniu się ze stanowiskiem Komisji Rewizyjnej, radni mieli podzielone zdania. - Sprawa nie była łatwa, ponadto mieliśmy mało czasu, aby zapoznać się ze wszystkimi szczegółami - mówił Tomasz Wawro. - Sąd uznał winę chłopców. Jednak widoczny jest tu brak odpowiedzialności, wszystko powinno być załatwione w szkole. Moim zdaniem, skarga była zasadna, bo nie może być tak, że komuś dzieje się krzywda.
Podobnego zdania był Adam Iwanicki. Tadeusz Adamus inaczej spojrzał na problem. - Nie wolno obwiniać szkoły, zachowanie wynosi się z domu rodzinnego - mówił. - To przede wszystkim rodzina powinna wychowywać dzieci, a nie indoktrynacja szkolna.
Z tym nie mogła zgodzić się wiceprzewodnicząca rady Wacława Bąk, wieloletnia nauczycielka. Ostatecznie radni zadecydowali, że skarga była bezpodstawna. Marek Parada wyszedł z sesji bez zabrania głosu.

Nie najlepiej z gimnazjami
1 września 1999 roku została przeprowadzona reforma edukacji, która zakładała m.in. utworzenie trzyletnich gimnazjów. Kontynuują w nich naukę absolwenci szóstej klasy szkół podstawowych. Trudno obecnie znaleźć nauczyciela lub pedagoga, który pozytywnie wyrażałby się o tych zmianach.
- Gimnazja to wrzód oświaty i nikt na to inaczej nie patrzy - mówi pedagog jednej z placówek, proszący o anonimowość. - Trafiają do nas uczniowie po sześciu latach nauki w podstawówkach. Tam znali ich doskonale nauczyciele, przez lata dzieci funkcjonowały w ustabilizowanym środowisku. Później w najtrudniejszym okresie wychowawczym trafiają do gimnazjów. Tu nauka i cykl wychowawczy w nowych warunkach trwa tylko trzy lata. To bardzo mało. Większość uczniów czuje się anonimowa, a to rodzi wiele poważnych problemów.

Dodaje też, że kolejnym niekorzystnym zjawiskiem jest duża ilość klas w jednej placówce przy małej ilości pedagogów. Poznanie każdego ucznia jest niemożliwe. - Nie ma również w Tomaszowie odpowiedniej ilości Rodzinnych Ośrodków Pomocy, które by działały na wysokim poziomie. W Łodzi są takie na co drugiej ulicy - dodaje pedagog.
Kuratorium Oświaty w Piotrkowie w ostatnim czasie z Tomaszowa i powiatu tomaszowskiego rozpatrywało tylko opisywaną skargę. Procedury karania uczniów są stosowane wewnątrz placówki. Zgodnie z regulaminem, rada pedagogiczna ma różne możliwości stosowania nacisku na uczniów. Po najpoważniejsze kary - nagany, przeniesienie do innej klasy lub szkoły - sięga się w naszych gimnazjach bardzo rzadko.
 - Są one związane najczęściej z problemami wynikającymi z dojrzewaniem - tłumaczy Elżbieta Olszak, zastępca dyrektora w Gimnazjum nr 6. - To już nie dzieci, a jeszcze nie dorośli. Wzorują się często na negatywnych postawach zaobserwowanych w telewizji lub internecie. Zanim jednak ukarzemy kogoś dotkliwie osoba ma możliwość poprawy.
W Gimnazjum nr 7 w zeszłym roku szkolnym czterech uczniów otrzymało upomnienia, piętnastu nagany, jeden został przeniesiony do innej klasy.
Matka Mariusza nie wyklucza, że wytoczy sprawę cywilną przeciwko szkole. Jej zdaniem, słowo przepraszam nie wystarczy jej schorowanemu synowi, który sam stwierdził, że straciło już dla niego znaczenie
.
war

Z bocznej ławy
W mieście mamy siedem szkół podstawowych, tyle samo gimnazjów, ponadto powiat sprawuje władze nad dziewięcioma placówkami oświaty i nie wszędzie ich dyrektorami są osoby działające również w samorządzie. W większości nie mają z nim nic wspólnego. Akurat w tym przypadku radni musieli pochylić się nad skargą dotyczącą dyrektora, który jest także radnym powiatowym z ramienia Forum Samorządowo-Ludowego. Ten fakt i narada za zamkniętymi drzwiami radnych forum, SLD i PO przed głosowaniem nad uchwałą, wzbudził nieufność niektórych członków opozycji. Twierdzili, że górę wzięła raczej solidarność koleżeńska, niż racja pokrzywdzonego ucznia. Ostatecznie skarga została uznana za bezpodstawną. Wyniki głosowania trudno nazwać za ruch typowo polityczny (dziesięciu radnych stwierdziło, że skarga była nieuzasadniona, siedmiu wstrzymało się od głosu, trzech uważało, że skarga była zasadna), obawy opozycji nie są bez znaczenia. Trzeba zadać sobie pytanie, czy radni podejmując decyzje dotyczące konretnych osób, koncentrują się tylko nad istotą problemu? Czy biorą pod uwagę tylko fakty dotyczące danego zagadnienia, nie rozstrząsając przy tym wątków politycznych?
To problem, który będzie występował przy każdej sprawie, której przedmiotem będzie ocena czyjegoś postępowania. To również cena politycznego zaangażowania dyrektorów placówek podległych miastu czy powiatowi. Nigdy nie będzie wiadomo, czy decyzje ich dotyczące oparte były na przesłankach merytorycznych czy politycznych.
Przedstawiliśmy fakty dotyczące sprawy. Ich ocenę pozostawiamy czytelnikom.

----

 


Umożliwiliśmy Państwu komentowanie artykułów.
Treść komentarza przesyłana jest za pośrednictwem formularza bezpośrednio ze strony.
Umieszczenie Państwa opinii na stronie TIT on-line odbywa się każdego dnia
w godzinach popołudniowych.

Skomentuj artykuł


  pasek dolny