baner tit


 
 

Podobno coraz trudniej o prawdziwych pasjonatów lotnictwa. Tak twierdzą specjaliści. Tymczasem jeden z największych miłośników awiacji w kraju urodził się w naszym mieście. Sam nie lata. Przynajmniej nie za sterami. W kokpicie samolotu, śmigłowca lub szybowca zasiada najczęściej z aparatem fotograficznym.

Przybliża nam niebo



Mariusz Adamski na burcie amerykańskiego F-16.

Mariusz Adamski urodził się w 1974 roku w Tomaszowie. Mieszkał i wychowywał się na osiedlu wojskowym Nowy Glinnik. Za sprawą ojca wcześnie zainteresował się fotografią. Niedługo później nadszedł czas na kolejną wielką życiową miłość. Lotnictwo. Dzięki ukochanemu pradziadkowi mógł zasmakować pierwszego kroku w chmurach za sterami szybowca. Niestety zdrowie nie pozwoliło mu, kilka lat później, zostać rasowym pilotem bojowym. Nie poddawał się jednak. W 1999 roku stanął na wojskowym lotnisku na Pomorzu. Czekał na swój pierwszy lot odrzutowcem. W drżących rękach trzymał aparat fotograficzny. Tak zaczęła się jego kariera. Dzisiaj należy do światowej, bardzo wąskiej i elitarnej grupy fotografów lotniczych. Utrwalił w kadrze dziesiątki samolotów, a jego zdjęcia zdobią okładki najbardziej prestiżowych magazynów lotniczych na świecie. Chwalą się nimi również armie oraz giganci przemysłu lotniczego.
- Mariusz Adamski jest jednym z niewielu, którzy będąc prawdziwymi pasjonatami, dają innym szanse przeżycia choćby namiastki tych niezwykłych chwil, jakie sami przeżywają - tak prace Mariusza, we wstępie do jego drugiego albumu, charakteryzuje Tomasz Hypki, prezes Agencji Lotniczej Altair, przed którym ta branża nie ma żadnych tajemnic.
I trudno się z tym nie zgodzić. Każdy statek powietrzny w kadrze Adamskiego po prostu leci. Niemal słychać wycie silników odrzutowych, łopot śmigieł czy szum przepływającego po skrzydłach powietrza. Tłem dla powietrznego teatru są zawsze malownicze krajobrazy. Na tę chwile stajemy się pasażerami najlepszych pilotów na świecie.



PZL M28B Bryza bis z 30. Kaszubskiej Eskadry Lotniczej w Siemirowicach.

Najpierw zdjęcia pamiątki
Przygoda Mariusza z fotografią rozpoczęła się między blokami Nowego Glinnika. Aparat był narzędziem codziennego użytku w rękach ojca. Oczywiście zawodowo był żołnierzem. W kadrze utrwalał najczęściej swoje ukochane dzieci. - Mamy dużo zdjęć, które są bezcennymi pamiątkami - mówi Mariusz. Szybko pierwszy Zenit wpadł i w jego ręce. Fotografował praktycznie wszystko, interesowała go przede wszystkim codzienna rzeczywistość. W podstawówce nie było wycieczki, na której nie sprawowałby roli fotoreportera. Z uporem dążył do poprawiania warsztatu fotograficznego. W tamtych czasach wszystkim mieszkańcom osiedla niemal codziennie towarzyszył huk przelatujących odrzutowców. Były to TS-11 Iskra z 66. Lotniczego Pułku Szkolnego. Młody chłopak jednak nie podnosił głowy i nie śledził ich w obiektywie.
- To była dla nas normalka - wspomina. Tymczasem w 1986 roku otrzymał możliwość wyjazdu jako widz na Mistrzostwa Europy w Lataniu Precyzyjnym. Zabrał ze sobą aparat. Maszyny i umiejętności pilotów zrobiły na nim piorunujące wrażenie. Zaczął robić im zdjęcia. - To był ten pierwszy raz - mówi. - W pamięci utkwiło mi szczególnie jedno zdjęcie. Oprócz popularnych samolotów, udało mi się sfotografować pierwszego w kraju Orlika z silnikiem tłokowym. (Za sterami Orlików, z tym, że w wersji turbinowej, rozpoczyna się przygoda każdego pilota wojskowego - przyp. aut.).
Emocjom nie było końca, tym bardziej, że na zawodach poznał polską kadrę. Jak się miało okazać w przyszłości, serdecznych przyjaciół. 12-latek wrócił z wyjazdu obładowany ulotkami i folderami. Stało się jasne, że lotnictwo to jego całe życie.
- Jednostka wojskowa dawała mi możliwość wyjazdów na pokazy m.in. w Dęblinie i Radomiu - mówi. - Wszędzie zabierałem aparat.
Po szkole podstawowej Mariusz bez przekonania zaczął naukę w liceum zawodowym w Zespole Szkół Zawodowych nr 1, popularnym mechaniku. Jako uczeń rozwijał informatyczne zainteresowania wyniesione jeszcze z podstawówki. Pomimo to, jego myśli wciąż krążyły gdzieś wysoko.
- Gdy miałem 16, lat pradziadek zaoszczędzone przez lata pieniądze postanowił przekazać na moje szkolenie szybowcowe - mówi. - Przeszedłem je w piotrkowskim aeroklubie, kończąc jako pilot szybowcowy III klasy. W podziękowaniu za taką możliwość podarowałem pradziadkowi własnoręcznie wykonany model szybowca. Oczywiście był bardzo dumny ze mnie i z prezentu. Postawił go nawet na honorowym miejscu w mieszkaniu.
Po szkole średniej przesiąknięty do kości lotnictwem trafił w końcu do wymarzonej Wyższej Szkoły Oficerskiej Sił Powietrznych w Dęblinie. Uczelnia jego sprawne oko obserwatora postanowiła wykorzystać w klubie garnizonowym. Mariusz przygotowywał materiały wideo i foto z pokazów lotniczych. Wszystkie montował na profesjonalnym sprzęcie, do którego w cywilu nie miałby dostępu. Jak twierdzi, to był z pewnością ważny etap w doskonaleniu warsztatu.
Ponieważ jako młody podchorąży znał już bardzo dobrze język angielski, rozpościerała się przed nim szansa nauki w prestiżowej amerykańskiej Akademii Lotniczej w Colorado Springs.



Najdroższy niewykrywalny samolot świata.
Amerykański bombowiec strategiczny Northrop B-2 Spirit
wart ponad dwa miliardy dolarów
.

Po dwóch latach karierę przyszłego pilota, przekreśliła nagle jedna diagnoza lekarska. Ze względu na problemy zdrowotne, Mariusz musiał pożegnać się ze Szkołą Orląt.
- To był bardzo ciężki okres w moim życiu - wspomina. - W jednym momencie okazało się, że straciłem to, co było dla mnie najważniejsze. Jednak ze względu na moje atrybuty, armia zaproponowała mi przeniesienie do wojsk pancernych. Oczywiście odmówiłem. Poszedłem przecież do wojska, by latać - dodaje.
W tych trudnych dla siebie chwilach sporo myślał o pracy w lotnictwie Marynarki Wojennej jako nawigator latający. Jednak jeszcze w tamtych czasach władze uczelni niechętnie podejmowały decyzje o szkoleniu indywidualnym.
W cywilu bardzo szybko znalazł dla siebie miejsce. Jego wiedzę komputerową doceniła duża firma telekomunikacyjna.

Pierwszy raz pod „narkozą”
Pomimo rozpędzającej się kariery, Mariusz nie zapomniał o pasji. Każdą wolną chwilę spędzał z aparatem na lotnisku. Nie zawsze były to jednak artystyczne sukcesy. - Wykonywałem wtedy zdjęcia lotnicze, oczywiście z ziemi - mówi. - Wszystkie robiłem tylko dla siebie. Borykałem się także z brakiem sprzętu.
Czasami brakowało również szczęścia, np. gdy do Dęblina przyleciał zespół akrobacyjny Sił Powietrznych USA Thunderbirds latający na F-16. - Czekałem na nich ze zniecierpliwieniem - wspomina z uśmiechem. - Wtedy miałem już dwa obiektywy, szerokokątny i jeden z dłuższą ogniskową. To dzięki niemu miałem zrobić lepsze zdjęcia gościom zza oceanu. Jednak jak się okazało już na lotnisku, zapomniałem go ze sobą zabrać. W ostateczności jednak, miałem spokojne sumienie. Okazało się bowiem, że ze względu na złe warunki pogodowe, Amerykanie nie wystartowali. Zresztą w Polsce byli jeszcze raz i również z tego samego powodu nie zaprezentowali się przed publicznością.
Jako dorosły mężczyzna, Adamski wyjeżdżał do USA. Tam oczywiście odwiedzał różne pokazy. W końcu postanowił iść dalej. - Zaproponowałem redaktorowi naczelnemu czasopisma Aeroplan, że z pokazów w Bazie Edwards w Kalifornii przygotuję reportaż - mówi Mariusz. - Zgodził się chętnie, a ja byłem szczęśliwy.
Zdjęcia trafiły również w ręce naczelnego Skrzydlatej Polski, która jest wydawana przez to samo wydawnictwo, ale ma dużo większy nakład. Przez środowisko traktowana jest jako najlepszy magazyn lotniczy w kraju. Naczelny Skrzydlatej Polski był zadowolony z młodego fotografa. Zdjęcia trafiły do numeru, a Mariusz do zespołu redakcyjnego.
Wcześniej bardzo dokładnie przypatrywał się zdjęciom Lecha Zielaskowskiego, ikony polskiej fotografii lotniczej, który przez wiele lat wykonywał swoją pracę w powietrzu.
- Od dawna nie robił już zdjęć, gdyż od momentu rozhermetyzowania się kabiny podczas jednej z jego sesji ma problemy zdrowotne - mówi Adamski. - Pomyślałem, że może warto byłoby uzupełnić tę lukę. Jednak powiedziałem sobie, że jeżeli mam to robić, moje zdjęcia nie mogą niczym odbiegać od światowego poziomu.




Orliki należące do Zespołu Akrobacyjnego podczas pętli nad Radomiem.

Tak rozpoczęła się wielka przygoda tomaszowianina i zarazem jego droga przez mękę. Okazało się, że aby zasiąść z aparatem w maszynie wojskowej, trzeba najpierw przejść długą drogę biurokratyczną. - Ciężko było przekonać naszą armię, że takie zdjęcia to świetna promocja. Na szczęście trafiłem na ludzi, którzy to zrozumieli i pomagali mi.
Dokładnie półtora roku od debiutu prasowego, Mariusz stanął w kombinezonie na lotnisku w Siemirowicach na Pomorzu. Czekał na swój pierwszy lot szkolnym samolotem odrzutowym TS-11 Iskra. - Byłem bardzo zdenerwowany, to miały być moje pierwsze zdjęcia z powietrza - opowiada. - Najprawdopodobniej, widząc to, technicy postanowili działać. Gdy pomagali mi wsiadać do maszyny, z uporem namawiali, abym od razu założył i sprawdził maskę z tlenem. Bez namysłu szybko wykonałem polecenie. Ostatecznie w pierwszą prawdziwą podniebną podróż poleciałem z maślanymi oczyma. Okazało się bowiem, że wojskowi zrobili mi psikusa. Rozpylili w masce podczas dezynfekcji dużo większą dawkę spirytusu, który w połączeniu z czystym tlenem wyjątkowo sprawnie dostaje się do organizmu.

Młody adept wrócił jednak z 50-minutowego lotu z około 150 zdjęciami. Kolejne wykonał, startując z Gdyni Migiem 21. Zdjęcia okazały się przebojem i otworzyły drzwi do światowej kariery.

Na pierwszej stronie
Od tej pory zdjęcia z powietrza kojarzą się w kraju jedynie z Mariuszem Adamskim. To on jest autorem m.in. unikalnych fotoreportaży z podniebnych wyczynów dwóch krajowych zespołów akrobacyjnych - Radomskich Orlików i dęblińskich Biało-Czerwonych Iskier. Wszyscy członkowie grup stali się jego przyjaciółmi, co zresztą niejednokrotnie podkreślali.
- Po jednym z pokazów, dowódca Biało-Czerwonych Iskier, wywołał mnie na środek sali podczas konferencji prasowej - mówi z dumą Mariusz. - Powiedział kilka ciepłych słów i wręczył odznakę zespołu. Posiadają ją tylko członkowie grupy. Każdy ma na niej wygrawerowaną cyfrę, oznaczającą na jakiej pozycji lata. Ja ze względu na to, że miałem okazję zasiadać jako pasażer na różnych pozycjach w formacji, otrzymałem cyfrę zero.
Ponadto Mariusz jest autorem jedynych do tej pory zdjęć powietrznych ze wspólnego lotu obu rodzaju maszyn jakie obecnie strzegą naszego nieba. Wykonywał je z pokładu MiG-29. W kadrze utrwalił te piękne maszyny produkcji rosyjskiej wraz z nowym nabytkiem F-16. Zasiadał już w kabinach wszystkich polskich maszyn należących do sił zbrojnych. Niejednokrotnie fotografował również naszych pilotów z 66. Dywizjonu Lotniczego i obecnego 7. Dywizjonu Lotniczego wchodzącego w skład 25. Brygady Kawalerii Powietrznej latających na Sokołach i Mi-17.
Bardzo często wyjeżdża za granicę, zapraszany na sesje zdjęciowe przez naszych sojuszników. W ten sposób, m.in. możemy podziwiać sesje z pokładu atomowego lotniskowca USS Abraham Lincoln. Z pokładu samolotu tankowca KC-135, z którego wykonał przepiękne zdjęcia, najdroższego samolotu na świecie, niewykrywalnego bombowca B-2 Spirit. Cena jednego egzemplarza wynosi ponad dwa miliardy dolarów. Ponadto był gościem w bazie w Cheyenne Mountain (NORAD), która jest jednym z najtajniejszych obiektów wojskowych w USA, a także np. w Centrum Sterowania Satelitami GPS w Schriever AFB w Colorado Springs. Robił zdjęcia m.in. dla Los Angeles Police Department Air Support Division, Sikorsky Aircraft Corporation, Bell Helicopter Textron i wielu innych placówek, firm i wydawnictw. Ciągle współdziała z amerykańskimi oficerami z Biura Współpracy Obronnej (ODC - Office of Defense Cooperation) w Ambasadzie USA w Warszawie.
Już sam nie pamięta z ilu rodzajów maszyn lotniczych miał możliwość wykonywać zdjęcia. Zdobiły one okładki czasopism wydawanych w różnych zakątkach globu. W tym także w najbardziej prestiżowych wydawnictwach lotniczych, tj. Air Forces Monthly czy Aviation Week & Space Technology.
W zeszłym roku w amerykańskiej Bazie Lotnictwa Morskiego w Pensacola na Florydzie przeprowadził ponad półtoragodzinny wykład, jak robić zdjęcia w powietrzu. Słuchaczami byli najlepsi z najlepszych w tej dziedzinie, którzy do niedawna byli dla Mariusza nieosiągalnym wzorem.
Pomimo sukcesów podkreśla, że zdjęcia lotnicze to kawałek bardzo żmudnej i ciężkiej pracy.

Lot w obiektywie
By móc latać, Mariusz co roku stawia się na badaniach w Wojskowym Instytucie Medycyny Lotniczej w Warszawie. Tam przechodzi szereg sprawdzianów, jakie musi zaliczyć pilot myśliwca. Są komory ciśnień, jest i wirówka, która wykazuje tolerancję ciała na działanie wysokich przeciążeń. Mając pozytywny wynik w kieszeni, może myśleć o realizacji nowego projektu.
- Dzisiaj już łatwiej jest mi się przebić przez wojskową biurokrację - podkreśla. - Armia zauważyła, że takie spektakularne zdjęcia można świetnie wykorzystać do promocji. Oglądający je człowiek, zauważa że zawód pilota, to coś innego, wyjątkowego i pełnego wrażeń.
Każdy wylot to godziny ustaleń z pilotami na ziemi. - Muszę dokładnie omówić program lotu i co chcę osiągnąć - mówi. - Pilot musi zrozumieć, że to co efektowne dla niego, nie zawsze identycznie wychodzi w kadrze. Dlatego nie najlepiej pracuje się z pilotami, którzy chcą się popisywać. W takich przypadkach nic z tego nie wychodzi - dodaje.
Latanie, szczególnie maszynami wojskowymi, nie jest tanie, dlatego każda sekunda lotu jest bardzo ważna dla fotografa. - Nikt przecież nie pozwoli na robienie pętli w nieskończoność, aż ja zrobię odpowiednie zdjęcie - mówi Mariusz. - Trzeba też pamiętać, że w tym czasie zajmuję miejsce pilotowi, który mógłby podnosić swoje kwalifikacje. Przy takich zdjęciach wszystko musi być idealnie dograne.
Do kabiny odrzutowca Adamski wchodzi z całym ekwipunkiem pilota. Dodatkowo ma przy sobie worek, w którym wnosi sprzęt fotograficzny. Przez lata zdołał już skompletować najnowocześniejsze aparaty, obiektywy i inne elementy. - W takich warunkach sprzęt jest bardzo ważny - tłumaczy. - Robiłem kiedyś zdjęcia jednym z lepszych modeli Canona, jednak już tam w górze, pod wpływem przeciążeń, zacinała się migawka.
W powietrzu trzeba uważać na wiele innych czynników. Dodatkowe elementy nie mogą poniewierać się po kabinie. Podczas akrobacji mogłoby dojść do poważnych konsekwencji.



Jak zaznacza fotograf, bardzo ważne jest również przygotowanie organizmu. - Należy pamiętać, że robiąc zdjęcia, patrzę przez wizjer aparatu - mówi. - Nie widzę w jakiej dokładnie pozycji znajduje się samolot. Może on być właśnie w momencie wykonywania ewolucji, a zapewniam, że taka sytuacja czasami odbija się na samopoczuciu - dodaje z uśmiechem.
Z pilotami, którzy słyną ze swojego dowcipu, również są problemy. - Kiedyś, lecąc w Stanach odkrytym, starym dwupłatowcem Stearman, pilot krzyknął do mnie, żebym często patrzył w lusterko wsteczne, w którym go widzę - opowiada tomaszowianin. - Jeżeli za którymś razem go nie będzie, to oznacza, że mam problem.
Czasami dochodzi do poważniejszych sytuacji. - Już w kraju leciałem z pilotem akrobacyjnym, który bał się tego co robi - dodaje. - Robiłem zdjęcia, ale cały czas byłem strasznie spięty, gdyż sprawiał wrażenie jakby pierwszy raz w życiu leciał w szyku. Facet nie zawsze panował nad tym co się dzieje. Po wylądowaniu dałem mu do zrozumienia, że już nigdy z nim nie polecę.
Ale i z najlepszymi można najeść się strachu. W Stanach podczas lotu odrzutowy samolot szkolny, miał problemy z podwoziem. Ostatecznie udało się je wypuścić, ale Mariusz był przerażony perspektywą przymusowego lądowania na „brzuchu”. Innym razem już w Polsce MiG-29 miał awarię prądnicy. - Myślałem, że będziemy się katapultować - wspomina.
Mariusz planuje kolejne projekty fotograficzne. Ma zlecenia nawet na materiały filmowe. Jak do tej pory największym jego projektem telewizyjnym było prowadzenie lotniczego weekendu w Discovery Channel. Jak sam twierdzi, nie wszystkie może zrealizować. Powód? Brak czasu. Obecnie pracuje w firmie Polkomtel z siedzibą w Warszawie. Zdjęcia lotnicze wykonuje tylko w wolnym czasie. Nie ma go jednak zbyt wiele. Najwięcej uwagi poświęca przede wszystkim rodzinie. Powoli, jeszcze nieśmiało, przygotowuje się do zmian.
- Chciałbym założyć własną firmę - zwierza się. - Może zarabiałbym mniej, ale miałbym więcej czasu na moją pasję.
Do tej pory wydał dwa świetne albumy zdjęć. „Tylko dla orłów” i „Sięgnąć nieba...”. Pierwszą pozycję można kupić w Tomaszowie, druga dostępna jest przede wszystkim przez Internet. Już niedługo powstanie kolejne wydanie prac Mariusza. Jak obiecuje, osobiście dostarczy je do Tomaszowa. - W rodzinne strony przyjeżdżam nieczęsto, ale jak jestem, to zawsze jeżdżę ulicami miasta i mojego osiedla - mówi. - Tu są przecież moje korzenie.
Dorobek Mariusza Adamskiego można również oglądać na jego stronie autorskiej www.mariuszadamski.com.
Arkadiusz Wojciechowski 

----

 


Umożliwiamy Państwu kontakt z nami za pośrednictwem formularza
bezpośrednio ze strony.

Wyślij wiadomość

 

 

  pasek dolny